
Cena zmartwychwstania i litr przy nodze.
To nie jest opowieść o bieszczadzkiej bohemie. To raport z mechanizmu, w którym sacrum poezji zostało zmielone na drobne w turystycznej maszynce. Rychu Szoczyński nie był „leśnym mędrcem” z folderu – był praktykiem przetrwania, który zrozumiał, że kuracjusz z Polańczyka zapłaci każdą cenę za iluzję spotkania z „dzikim człowiekiem”. Nawet jeśli ta iluzja śmierdzi wódką i arabskim przekładem.
Czego tu brakuje? Uczciwości w tej wymianie. Bo turysta kupował nie tomik, a rozgrzeszenie z własnego, uporządkowanego życia, zostawiając poecie flaszkę, która go powoli zabijała.
Warto pamiętać: w Cisnej nic nie jest takie, jak w opowieści przewodnika. Pod warstwą „legendy zakapiora” zawsze znajdziesz konkret: świerzb na łydce Kulentego, zmęczenie materiału ludzkiego i ten moment przerażenia, gdy pieniędzy jest już tyle, że nie starcza sił na ich wydanie.
Wniosek jest prosty: Bieszczady to nie tylko góry. To archiwum ludzi, którzy zmartwychwstają co piętnaście minut na leżance, żeby zdążyć na kolejny autokar. I nie ma w tym żadnej magii. Jest tylko biologia i bilans strat.
-
Details
-
Written by: Bieszczadnik