
Wszystko zaczęło się od tego, ze dawno dawno temu pomyślałem sobie o zrobieniu retro fotografii w Bieszczadach. Retro tzn na kliszy, Zenitem, brezentowy namiot, stare reble z Polsport Wałbrzych i w ogóle po staremu. Jak wyszło?
Namiot z Legionowa leżał w garażu i czekał przeszło dekadę. Kilka lat później, ale z zupełnie innych pobudek uzupełniłem wyposażenie o Himalaje z Wałbrzycha. Wstępnie "set" gotowy. Pozostało wybrać jeszcze miejsce i czas. I uwierz, lub nie - w międzyczasie mieszkałem w Biesach i robiłem wycieczki i też nie robiłem ich czasem - były okazje...
No i przyszedł rok 2025. Co raz mniej mglista wizja wyjazdu zarysowywała się co raz bardziej konktretnymi planami. Na tapetę wrzuciłem nadleśnictwo Stuposiany. Plan obejmował odwiedzenie Obnogi, chatki na 19stce (a tak). Podczas przygotowań wyjazdu dość wnikliwie (jak na własne standardy) czytałem zdjęcia lotnicze na google maps i porównywałem to z danymi z Geoportalu. No i okazało się, że znalazłem dziwnie okrągłe oczko wodne, tuż przy granicy Parku. Myślę sobie, ze takie oczka, o równych okrąglutkich brzegach nie powstają przypadkiem i bez powodu. Znaczy sie - trzeba jechać.
Na mapę zerkałem blisko dwa miesiace, codziennie. Patrzyłem, analizowałem, dumałem... To moje żelazne bydle się tam wtarabani, czy nie? Droga przez była wyznaczona tak dokładnie, że no nie idzie zabłądzić... Tylko znów .... co z autem? Zostawić na stokówce to przypał, wjechać w las - to nie wiadomo jak wyjedzie (i kiedy). Na mapach i zdjęciach, ciągle nie było widać, czy droga jest leśna, zrywkowa po LKT, Detach, czy jest sucha czy mokra... Dużo niewiadomych.... pachnie przygodą.
Wyjazd na ten punkt był zaplanowany jak inwazja w 39.
Uznałem tak - ile auto wjedzie - tyle wjedzie, dobra moja. Dalej per pedes - co robić.
Pierwszy szkopuł okazał sie już poprzedniego dnia - kiedy przyszło mi nocować u Rebrowa. Tam też na przypale. Po 17h jazdy z Poznania, ostatnimi resztkami przytomności dokulałem się na miejsce po chacie Rebrowa. Chciałem wysłać wiadomość do rodziny "dotarłem". Zmieniłem transfer danych z jednej na drugą kartę SIM ... restart. I straciłem "waypointy". SIC. W dniu "ataku na szczyt" wróciłem się na Muczne. Uzupełniłem płyny pitne i sanitarne, punkty kontrolne wróciły na telefon i heja....
Chwilę po tym jak minąłem skręt na Chatę Rebrowa dogonił mnie mości strażnik lasu. Bach mandat. Krótka rozmowa i ... juz myślalemm, że realizacja mojego marzenia poszło na bardziej odległą przyszłość - ale nie. Po kilkuset metrach imć strażnik zawrócił i zjechał na Muczne. Gość uwierzył, ze jadę na Bukowiec na cmentarz. Taki to wiarygodny się stałem! O ho!
Świat działa doskonale!
Na samej 19stce spotkałem jeszcze wilka. Miły gest ze strony przyrody. Tych gestów było później jeszcze nieco nieco. Kto nie był, to nie wie. 19stka wije się w prawo i w lewo niemalże jak stokówka pod Otrytem. Oszaleć można od tego kręcenia kierownicą. Oszaleć, a już na pewno pobłądzić. Bez GPS i wcześniej precyzyjnie opracowanego planu - ani chybi- nie dałbym rady tak gładko znaleźć ten mój najjedyńszy skręt w las.
Co tu dużo mówić. Droga marzenie. Równa, twarda, szeroka. Nachylenie czasem wyraźne, ale bez szału. W pewnym momencie sprawy obróciły nieco poważniejszy obrót. Droga na zboczu zrobiła się węższa, wąska, i dość stroma- czym przywołała moje doświadczenia dachowania. Chwila rekonesansu co dalej, powrót do auta, obniżenie ciśnienia w kołach i achoj przygodo!
Auto dokulało się na miejsce bez zająkniecia. Ta stara przeszło trzydziestoletnia buda serio potrafi zaskoczyć. Znów rekonesans - tym raze w kontekscie fotografii oraz popasu.
W pierwszej kolejności rozstawiłem namiot. Tak, trzeba było improwizować. Dalej ustawienie kamery sferycznej, kilka strzałów lustrzanką i ruszyłem na popas.
Tak wygląda efekt poklatkowy mojego konceptu fotograficznego :)
Co ciekawe, miejsce ewidentnie "misiowe". Nie zauważyłem żadnego, ale wiedziałem dobrze, że miśka tu spotkać jest wielokrotnie łatwiej niz turystę. Po wybornym fondue ruszyłem jeszcze na "swoje" fotograficzne miejsce obserwować jak na Haliczu i Bukowym męczą się stłoczeni turyści.
Pełen dojazd na Koniarkę wygląda tak:
Uważny obserwator ma tam wiele wskazkówek :)
Sam wieczór minął na obserwowaniu nieba: będą chmury, czy nie będzie? Jak się ten timelaps uda?
Noc w tym przedziwnym miejscu minęła nader spokojnie. Nuda, nic się nie dzieje. Żaden większy czy mniejszy zwierzak w nocy nie podchodził. Przed samym kimaniem z rozbawieniem spojrzałem na pierdolnik w koło auta. Ewidentnie długa podróż z Poznania i szybkie zwiniecie bajzlu porannego przełożyło się na tęgi galimatias w aucie- finalnie zbytki i niecierpliwości wylądowały poza autem. Zabawny widok.
Poranek przeszedł przesadnie leniwie. Oj jak leniwie. Dość powiedzieć, że tak ociężale zwlekałem z wyruszeniem w dalszą podróż, że przyszedł turysta. Tak właśnie! Jeśli coś by się stało nieprzyjemnego, mógłbym stwierdzic, że jestem w "Ciemnej dupie". Byłaby to autentyczna prawda. No i naszedł ten turysta - fotograf. Trochę żałuję, że siedziałem na masce auta, tyłem do ścieżki którą przyszedł - i nie widziałem jego miny. To mogło być coś serio ciekawego.
W pewnym przedziwnym momencie przyszło spakować bambetle i ruszyć do szutru. Pamiętam, że towarzyszyła mi spora niepewność, bo ostatni odcinek podjazdu pamiętałem jako ten bardziej stromy - no i teraz przyszło się potoczyć w dół.
Ufff. Dało radę :)
