Najpierw jest łuna. Nie miasto, nie ulica, nie wieża, nie nawet pojedynczy ogień, który można wskazać palcem i powiedzieć: o, tam. Tylko jasność podniesiona nad krawędź świata, jakby ktoś po drugiej stronie gór odsunął na moment ciężką zasłonę nocy. Tego się nie ogląda tak jak widoku z folderu. To raczej się łapie kątem oka, w zawahaniu, w tym krótkim momencie, kiedy człowiek nie jest jeszcze pewien, czy widzi naprawdę, czy tylko dopowiada sobie coś z pamięci, zmęczenia albo z cudzego opowiadania. W ciemności dawnego świata takie rzeczy miały wagę. Noc była nocą, nie dekoracją pod lampami. Las nie kończył się na parkingu, a dolina nie była rozświetlona reklamą sklepu, pensjonatu i pizzerii z żółtym serem udającym wszystko. Gdy więc mówiono, że z wierzchołka widać Lwów, nie chodziło koniecznie o katalogową prawdę geograficzną. Chodziło o zdanie, które niosło wyobraźnię dalej niż droga, dalej niż własna wieś, dalej niż to, co znały nogi, koń i stary trakt.

 

Do Cisnej przyjeżdża się dziś łatwo. Za łatwo, jak na miejsce, które przez większą część swojej historii nie było dla ludzi wygodą, tylko kawałkiem twardego życia wsuniętego między lasy, potoki, rudę, błoto i odległość. W sezonie wysypują się tu wycieczki, samochody ustawiają się wzdłuż drogi jakby zaraz miał być festyn, a człowiek, który pierwszy raz wysiada z auta, dostaje od razu cały współczesny pakiet: hałas, kolejkę do piwa, obietnicę atrakcji i ten osobliwy odór centrum, którego nie da się pomylić z niczym szlachetnym. Turysta zwykle idzie tam, gdzie go niosą szyldy i cudza inercja. Zaliczy lokal, obejrzy tabliczki, zrobi zdjęcie słupowi, pokiwa głową nad opowieścią sprzedaną w wersji przyswajalnej, po czym wróci do siebie z przekonaniem, że był w Bieszczadach, a nawet że je trochę zrozumiał. To ostatnie jest szczególnie wzruszające. Bieszczady od dawna mają pecha do ludzi, którzy rozumieją je już pierwszego dnia, najlepiej po dwóch kraftach i jednej koszulce z wilkiem.

 

Ja zwykle zaczynam od cmentarza. Nie z nabożeństwa do nastroju, tylko z prostego doświadczenia. Na cmentarzu miejscowość kłamie najmniej. Nie trzeba tam legendy dorabiać, nie trzeba świecić lampkami, nie trzeba sprzedawać stylu życia. Leżą nazwiska, daty, żelazo, kamień, czasem obcy język, czasem nazwisko, które wciąż coś trzyma w terenie, choć człowiek już dawno zmienił się w zapis. W Cisnej jest nagrobek, który nie jest może widowiskowy dla autobusowego oka, ale dla kogoś, kto ma choć odrobinę cierpliwości, znaczy więcej niż pół tuzina pompatycznych tablic odsłanianych przy okazji rocznic. Żelazne elementy, krzyż, ogrodzenie, robota z miejscowej huty. Nie muzealna rekonstrukcja, tylko rzecz, która została na miejscu, bo była do czegoś potrzebna, a potem okazała się trwalsza od gadania.

 

 

 

Zanim jednak człowiek dojdzie do tego żelaza, musi przebić się przez współczesny szum. Dziś problemem nie jest brak opowieści, tylko ich nadmiar. Wszystko zostało opowiedziane za szybko, za gładko i za tanio. Miejsca, które kiedyś były twarde jak korzeń pod butem, dostają miękką obudowę z turystycznego marketingu. Opowiada się o „klimacie”, o „legendzie”, o „wolności”, o „zakapiorach”, o „magii”, czyli zwykle o wszystkim, co ładnie brzmi, a nic nie kosztuje. Mało kto chce słuchać o rudzie darniowej, o rowach doprowadzających wodę do kół, o fryszerce, o sztolni, w której dało się obracać wozem, a na pewno nie o tym, że część tak zwanych atrakcji pachnie po prostu szambem i uryną, bo teren pełni także funkcje mniej poetyczne. Przyrodę wolno dziś podziwiać z kubkiem w dłoni, historię wolno brać w kapsułkach, byle nie była zbyt kłopotliwa, a przeszłość najlepiej, żeby dała się streścić w jednej anegdocie o niedźwiedziu, Fredrze albo bieszczadzkim szaleństwie. Reszta nie sprzedaje się równie dobrze.

 

To jest zresztą mechanizm znany nie tylko stąd. Miejsce żywe, skomplikowane, złożone z potu, błota, zniknięć i kilku warstw pamięci, zostaje przerobione na produkt łatwy do spożycia. Najpierw wycina się z niego to, co niewygodne. Potem dokłada kilka bezpiecznych symboli. Następnie dobudowuje narrację, która daje przyjezdnemu poczucie wtajemniczenia bez potrzeby wychodzenia poza deptak. Człowiek wyjeżdża zadowolony, bo coś „poczuł”, choć najczęściej poczuł głównie smażeniznę, dym i własne samozadowolenie. Miejsce zostaje po tej operacji trochę bardziej puste. Niby nic wielkiego, a jednak szkoda. Bo Cisna nie jest dekoracją do opowieści o wolności. Jest punktem, w którym bardzo konkretni ludzie próbowali kiedyś wydrzeć górze żelazo, wodzie energię, a z odległości zrobić coś, na czym da się żyć.

 

 

 

Kiedy Aleksander Fredro, jeszcze młody, trafił w te strony, zapisał obraz, który uderza właśnie tym, że nie jest ani ckliwy, ani grzeczny. Za Baligrodem – notuje – wjeżdża się jak w czarne gardło. Droga i rzeka to jedno, a po obu stronach stoją ściany jodeł i smereków. W tym jednym porównaniu jest więcej prawdy o dawnym doświadczeniu tej przestrzeni niż w całych współczesnych broszurach. Czarne gardło. Nie „kraina marzeń”, nie „serce dzikiej natury”, tylko wejście w coś, co człowieka połyka. Cisna leży trochę szerzej, ma folwark, cerkiew, karczmę, młyn, tartak. Żyje. Ale przyjazd nie wypada im w dobrą chwilę, bo zaciąga się słotą, z lasów kurzy, szczyty są schowane. I wtedy pada to zdanie, które przeżyło dwa wieki lepiej niż niejeden pomnik: Łupiennik, podług miejscowego podania, ma mieć dwadzieścia cztery kondygnacje, a z wierzchołka widać Lwów.

 

Zanosiło się na słotę. Z gór czarnych kurzyło się wkoło – na co tam zwykli mawiać, że niedźwiedzie piwo warzą. Szczyty gór były całkiem zakryte, nie mogliśmy więc podziwiać pierwszą osobliwość – Łupiennik. Ta góra podług miejscowego podania ma mieć dwadzieścia cztery kondygnacje, a z wierzchołka widać Lwów!!!

 

Nie wiadomo, co jest w tym zdaniu lepsze. Czy sama bezczelność skali, jakby góra była kamienicą albo wieżą, czy ten potrójny wykrzyknik dopisany przez człowieka, który przecież umiał słowa ważyć i wiedział, kiedy ktoś przesadza z pełnym wdziękiem. Fredro nie mówi: widziałem. Nie mówi nawet: to prawda. Mówi: takie jest miejscowe podanie. I to wystarczy. Mało tego, to właśnie jest najciekawsze. Chwila, w której doświadczenie przechodzi w opowieść, a opowieść w pamięć miejsca. Ktoś kiedyś zobaczył z wysokości jakąś niezwykłą jasność nad dalekim horyzontem. Ktoś inny powiedział, że to pewnie Lwów. Jeszcze ktoś dodał, że z tej właśnie góry. Potem szczegół zaczął obrastać. Powtarzany, wygładzany, przeinaczany, ale potrzebny. Tak rodzą się lokalne prawdy, które są może nieścisłe, za to mówią sporo o pragnieniach ludzi żyjących na krańcu świata.

 

 

 

W tamtym czasie Lwów nie był dla mieszkańca cisniańskiej doliny abstrakcją z atlasu. Był centrum. Miastem dużym, odległym, cywilizowanym, należącym do innego porządku niż ten, który wyznaczały potok, las, cerkiew, folwark i karczma. Dla ludzi żyjących w miejscu, gdzie droga kończyła się błotem, a wiadomość przychodziła tak wolno, jak koń dawał radę, sam fakt, że z górskiego szczytu można „zobaczyć” Lwów, znaczył więcej niż zwykły widok. To było przekroczenie skali własnego życia. Zwykle widzi się to, co bliskie i swoje: pole, sąsiada, dym z komina, linię grzbietu. Tu nagle pojawia się domniemanie, że z jednego punktu da się objąć także coś dalekiego, obcego, większego. Człowiek staje na górze i nie patrzy już tylko w dolinę, ale w świat.

 

Żeby dobrze zrozumieć siłę tego wyobrażenia, trzeba na chwilę odjąć sobie współczesność. To bywa trudne, bo jesteśmy przyzwyczajeni do nieustannego świecenia. Dziś noc praktycznie nie istnieje. Jest jedynie słabszą wersją dnia, przepuszczoną przez LED-y, reflektory, latarnie i światło odbite od nieba, które od dawna nie bywa już naprawdę czarne. Nawet w górach człowiek rzadko trafia na ciemność pełną, grubą, niepodzieloną. Zwykle coś miga, coś pulsuje, coś się sączy zza stoku albo z parkingu przy drodze. Dawniej było inaczej. Noc miała ciężar. Po zmroku przestrzeń znikała szybciej i dokładniej. Horyzont przestawał być linią, stawał się domysłem. Każdy ogień miał znaczenie, każda łuna była wydarzeniem. Skoro więc z wysokiego grzbietu dawało się uchwycić daleką poświatę miasta, musiało to robić wrażenie graniczne. Nie tyle widok, ile znak. Dowód, że tam, poza morzem ciemności, są inni ludzie, inne domy, inny porządek, który świeci tak mocno, że niesie się aż tutaj.

 

 

 

To nie znaczy, że trzeba wszystko brać dosłownie. Z legendami jest jak z opowieściami myśliwskimi: bywają prawdziwe dokładnie w tym miejscu, w którym zawodzą jako pomiar. Rozsądny człowiek nie musi od razu wierzyć, że z każdego skrawka Łupiennika otwierał się panoramiczny widok aż na lwowskie dachy. Nie o to chodzi. Zresztą sam Fredro żyje wśród gawędziarzy, blagierów, ludzi, którzy potrafią powagę faktu natłuścić własną fantazją tak skutecznie, że słuchacz i tak daje się prowadzić. On to dobrze rozumie. Pisze przecież o Krzyżanowskim, o wdzięku kłamstwa, o tej szczególnej sztuce opowiadania, w której ważniejsza od ścisłości jest „prawda kłamstwa”. I właśnie to określenie warto sobie tutaj zatrzymać. Prawda kłamstwa. Czyli taka forma opowieści, która nie spełnia wymogów geodety, ale trafia w doświadczenie ludzi żyjących w danym miejscu, czasie i porządku wyobraźni.

 

Bo czy z wierzchołka widać Lwów? Być może czasem widać było jego łunę. Być może nie z tego dokładnie miejsca, być może nie tak często, jak twierdzili miejscowi. Być może zdarzało się to tylko w szczególnych warunkach inwersji, przy odpowiedniej przejrzystości powietrza i szczęściu, którego nie da się ująć w tabelę. Ale nawet jeśli połowa tej historii jest legendą, to legenda ta ma sens bardzo realny. Mówi o głodzie dalekiego świata. O potrzebie łączenia krańca z centrum. O tym, że człowiek w dolinie nie chciał wierzyć, iż jego życie kończy się na najbliższym grzbiecie. Potrzebował punktu, z którego da się zobaczyć więcej. Takiego miejsca, które unieważnia chwilowo ciasnotę własnego położenia. To nie jest drobiazg. To jest coś z porządku psychicznego przetrwania.

 

 

 

Ojciec Aleksandra, Jacek Fredro, nie przyjechał tu po widoki. Miał interes, majątek, plan i, co rzadkie, umiejętność zobaczenia w tej odległej dolinie nie tylko pięknej dziczy, ale surowiec. Okolice Cisnej były zasobne w rudę, a gdzie jest ruda, woda i las, tam wcześniej czy później ktoś próbuje urządzić przemysł. Huta żelaza w takim miejscu brzmi dziś dla wielu jak anegdota albo regionalna ciekawostka, tymczasem była to inwestycja ciężka, kosztowna i organizacyjnie poważna. Nie stawia się przecież pieca hutniczego na końcu świata tylko dlatego, że ma się fantazję. Trzeba mieć ludzi, transport, kanały, koła, rowy doprowadzające wodę, budynki, obsługę, narzędzia, nadzór i cierpliwość do miejsca, które nie ułatwia niczego. Woda z potoków nie trafiała sama z siebie tam, gdzie trzeba. Trzeba ją było sprowadzić, ujarzmić, skierować. Teren nie dawał powierzchni pod urządzenia przemysłowe. Trzeba go było czytać i nacinać. Ruda nie chciała wyjść na świat elegancko. Trzeba ją było wydobywać, wozić, obrabiać, przepalać, kuć.

 

Tak właśnie zaczyna się druga warstwa tej opowieści. Łuna na horyzoncie i żelazo w ziemi. Jedno ciągnie w wyobraźnię, drugie przykuwa do konkretu. I może właśnie dlatego Cisna tak dobrze nadaje się do myślenia o miejscu. Z jednej strony działa tu legenda, z drugiej twarda fizyka roboty. Nie ma sensu wybierać między jednym a drugim. Miejsca naprawdę istnieją dopiero wtedy, gdy oba porządki nachodzą na siebie. Ludzie muszą umieć coś sobie opowiedzieć, żeby wytrzymać rzeczywistość, ale muszą też umieć kuć żelazo, stawiać młoty, prowadzić wodę i znosić to całe niewygodne istnienie bez literackich ozdób.

 

 

 

Czasem, kiedy idzie się wzdłuż potoku Liszniańskiego albo patrzy na teren bardziej uważnie niż przeciętny spacerowicz, trafiają się ślady, które dla jednych są niczym, a dla innych otwierają cały dawny mechanizm. Niby rów. Niby nienaturalne zagłębienie. Niby jar dziwnie wycięty, jakby ktoś mu poprawił geometrię łopatą i uporem. Takie rzeczy w górach nie robią się same. Natura potrafi dużo, ale rzadko pracuje w kątach prostych, zwłaszcza tam, gdzie woda od wieków robiła po swojemu. Jeżeli więc człowiek natrafia na jar, który zamiast zwykłego V ma coś z niepewnego prostokąta, powinien mu się zapalić nie zachwyt, tylko czujność. To najzdrowsza forma miłości do terenu. Najpierw podejrzliwość, potem wnioski.

 

Tak trafiłem kiedyś nad Dołżycę. Stare mapy, trochę zdjęć, trochę literatury, reszta w nogach i w oczach. Droga przez łąkę nie dawała nic. Teren zachowywał się przyzwoicie, to znaczy nie zdradzał tajemnicy od razu jak współczesne atrakcje z banerem przy parkingu. Dopiero dalej coś zaczęło się nie zgadzać z pozorną naturalnością. Jar, który wyglądał tak, jakby ktoś go chciał przystosować do ruchu urobku. Miejsce po sztolni, którego grzybiarz mógłby nie zauważyć albo uznać za kolejną leśną nierówność. Wejście zapadłe albo zawalone. Młody las, woda wychodząca z górotworu, teren milczący dokładnie tak, jak milczą miejsca po robocie zakończonej na tyle dawno, że pamięć ludzi zdążyła się porwać, ale materia jeszcze nie do końca zniknęła. Takie odkrycia nie robią hałasu. Nie ma fanfar. Człowiek stoi, patrzy i wie, że trafił. To wystarcza.

 

 

 

Sztolnie to zresztą osobny rodzaj prawdy o tej okolicy. W opowieści ludowej i w pijackiej wersji historii rosną zwykle szybciej niż drzewa. Zdarzało mi się słyszeć, z ust rozmaitych specjalistów od wszystkiego, że pod całą Cisną ciągną się podziemia, tunele, korytarze, że tam to dopiero jest. Owszem, jest. Tyle że nie tak, jak sobie wyobraża człowiek po dwóch kieliszkach i trzech cudzych zdaniach. Rzeczywista sztolnia ciśniańska była duża jak na warunki tych gór. Przekazy mówią, że ciągnęła się daleko, nawet aż ku Krzywemu, a wejście znajdowało się nad Solinką. Zbieżność starych map, opisów i terenu daje się uchwycić. Tylko trzeba wyjść z knajpy i zejść do rzeki, a to już dla wielu bywa nadmiernym obciążeniem. Łatwiej powiedzieć, że wszystko jest wszędzie, niż sprawdzić, gdzie dokładnie coś było. Teren lubi precyzję. Pijacka wyobraźnia mniej.

 

W sztolniach tych nie mieściła się romantyka ciemności, tylko zwyczajna robota. Szerokie korytarze, możliwość toczenia wagoników, zaprzęg wołów. To brzmi może mało poetycko, ale jest przez to cenniejsze. Wyobrażam sobie tę górę wydrążoną pracą, nie opowieścią. Wół sapie w półmroku, koła skrzypią, z ziemi wyjeżdża urobek, na zewnątrz czeka dalszy ciąg całego mechanizmu, który ma zmienić rudę w coś użytecznego. A potem przychodzi wojna i sztolnia staje się kryjówką dla człowieka ukrywającego się przed poborem. Jedno miejsce, dwa porządki użycia. Najpierw przemysł, potem schronienie. Teren przechowuje funkcje dłużej niż ludzie pamiętają ich pierwotny sens.

 

 

 

Właśnie to jest chyba najciekawsze w takich miejscach: nie ruina sama w sobie, tylko jej wtórne życie. Młyn przestaje mielić i staje się punktem orientacyjnym. Piec przestaje pracować, ale jego żelazo przechodzi w nagrobek. Sztolnia przestaje dawać rudę i zaczyna dawać schron. Rów melioracyjny przestaje prowadzić wodę do kół, ale zostaje w krajobrazie jak zdanie, którego nikt już nie czyta, choć nadal leży otwarte. W tym sensie teren jest archiwum bardziej uczciwym niż niejedna publikacja. Nie streszcza. Nie porządkuje. Nie robi przypisów. Zostawia ślady i każe się domyślać, co między nimi zachodziło.

 

Ludzie mają dziś słabość do ruiny efektownej. Najlepiej, żeby coś jeszcze stało, najlepiej żeby miało okna bez szyb, kawał muru i dobrą historię do zdjęcia. Tymczasem najwięcej mówią rzeczy prawie niewidoczne: zanikający kanał, dziwny układ terenu, kawał żelaza w cmentarnym ogrodzeniu, miejsce, z którego wypływa woda inaczej niż powinna. To jest historia w stanie surowym. Trzeba ją odcyfrować bez pomocy kustosza. Nie każdemu się chce. Współczesny odbiorca lubi, gdy sens jest podany jak zupa dnia. Tu musi go sobie odgrzebać sam. Z jednej strony dobrze, bo przynajmniej nie ma tłoku. Z drugiej źle, bo miejsce zostaje zagadane przez bylejakość.

 

 

 

Fredro oglądał Cisną w chwili, kiedy przemysł dopiero się rozpędzał, a jego pamiętnik zachowuje coś jeszcze: pierwszy zachwyt człowieka z zewnątrz nad akustyką tej przestrzeni. Wystrzał z fuzji, stokrotny odgłos biegnący i wracający po górach, trąby z kory juhasów, echo rozciągające dźwięk po lasach i skałach. To ważne, bo zanim człowiek nauczy się teren oglądać, zwykle najpierw go słyszy. Góry nie działają tylko obrazem. W dolinie dźwięk idzie inaczej, odbija się, wraca, wlecze. Potok gada swoim rytmem. Wiatr przechodzi przez świerki jak ktoś przeciągający dłonią po starych zębach piły. Trąba pasterska nie jest melodią w naszym dzisiejszym sensie. Jest sygnałem, który niesie ze sobą odległość, samotność, pracę i tę osobliwą swobodę, o której Fredro pisał bez przesady, ale trafnie. Takie rzeczy zostają w człowieku. Niekoniecznie jako wzniosłe przeżycie. Raczej jako rodzaj dźwiękowego osadu.

 

Dziś ten pejzaż akustyczny jest znacznie gęstszy i znacznie głupszy. Silniki, muzyka z ogródka, szczekanie, rozmowy niesione po parkingu, trzask drzwi, śmiech ludzi, którzy wszędzie muszą zaznaczyć swój pobyt głośnością. Człowiek już prawie zapomina, że kiedyś można było słuchać przestrzeni bez tej całej cywilizacyjnej piany. A przecież jeśli próbujemy myśleć o owej łunie nad horyzontem, o możliwości dostrzeżenia dalekiego miasta, to trzeba pamiętać także o ciemności akustycznej dawnego świata. Mniej bodźców, mniej zakłóceń, mniej byle czego. Człowiek tamtej epoki widział mniej i słyszał mniej, ale to, co dochodziło, ważyło więcej. Jedna łuna, jeden dźwięk, jeden odblask miały siłę zdarzenia. Dziś horyzont świeci cały i nie znaczy prawie nic.

 

 

 

Jest w pamiętniku Fredry także druga ważna rzecz: stosunek do miejscowych opowieści. Niedźwiedzie, rozboje, dziwne postaci, opowiadacze, blagierzy. To wszystko nie jest tylko ornamentem dworkowej gawędy. To jest zapis świata, w którym granica między informacją, przechwałką a legendą bywała cienka, bo życie na uboczu potrzebowało opowieści tak samo jak soli. Ludzie siedzą przy kominie, deszcz pada, z fryszerki dochodzą młoty. Ktoś zaczyna mówić o rozbojach. Ktoś wyciąga historię Wulfa, Kitajgrodzkiego, pogoń przez San, ślady na kamieniach, ucieczkę, pościg, złapanie. Czy wszystko jest tam ścisłe? Zapewne nie. Czy dlatego bezwartościowe? Przeciwnie. Te historie pokazują, jak działała wyobraźnia pogranicza i odludzia: gwałtowna, konkretna, osadzona w terenie. Nawet gdy przesadza, robi to po miejscowemu. Przez rzekę, przez ślad podkowy, przez drzwi wyważone nogą, przez pistolet przyłożony do nosa bachora. Nie przez abstrakcję.

 

To dla mnie ważne również dlatego, że współczesne opowieści o Bieszczadach bardzo często są od terenu odklejone. Dużo w nich stylizacji, mało przestrzeni. Ludzie mówią o „wolności”, ale nie potrafią wskazać, którędy schodzi potok ani gdzie w razie czego zejść z grzbietu. Mówią o „dzikości”, a nie umieją odróżnić naturalnego jaru od dawnego wyrobiska. Mówią o „legendarnym klimacie”, a nie wiedzą, że pod nogami mają ślady po przemyśle, który tu działał na skalę zaskakującą nawet dziś. To jest ta różnica między miejscem przeżywanym a miejscem konsumowanym. Dawni ludzie kłamali może szeroko, ale ich kłamstwa miały korzenie w ziemi. Nasze współczesne bajki są często jak plastikowe tabliczki: lekkie, trwałe i głupie.

 

 

 

Pewnego wieczoru poszedłem nad Solinkę szukać miejsca po wejściu do ciśniańskiej sztolni. To nie była wyprawa heroiczna, tylko zwykły spacer z domieszką uporu. Krótki odcinek, blisko szlaku na Jasło, wschodni brzeg rzeki. Teren sam w sobie niezbyt widowiskowy dla kogoś, kto oczekuje spektaklu. Trochę krzaków, trochę zbocza, rzeka robiąca swoje. Po drodze człowiek natyka się jednak także na drugą stronę współczesnej Cisnej, tę mniej pocztówkową, a bardziej fizjologiczną. Solinka bywa dla miejscowych bywalców i sezonowych geniuszy czymś w rodzaju samooczyszczającej meliny. Rzeka, owszem, ma zdolność wynoszenia pewnych spraw dalej, ale zbocza i zakamarki wokół już tak łaskawe nie są. Trzeba patrzeć pod nogi. Nie ma sensu udawać, że teren jest wyłącznie wzniosły. Bywa też zwyczajnie osrany. I to nie metaforycznie.

 

Piszę o tym nie dlatego, żeby odbrązawiać na siłę, lecz dlatego, że miejsce zawsze składa się z całości, a nie z wybranych fragmentów. Kto chce zrozumieć Cisną, musi przyjąć zarówno łunę Lwowa, jak i smród pod nogami. Jedno bez drugiego daje kicz. Albo czystą legendę, albo czystą pogardę. A przecież nie o to chodzi. Człowiek schodzi nad rzekę, omija to, co trzeba ominąć, patrzy na brzeg, porównuje teren z mapą, szuka nienaturalności. I nagle coś zaczyna się zgadzać. Nie w sensie efektownego odkrycia w stylu telewizyjnym, tylko cichego, niemal technicznego potwierdzenia: tu. Tędy. Nad tym brzegiem. Tu musiało być wejście. Takich momentów nie warto celebrować zanadto. Lepiej je zapamiętać i iść dalej. Teren nie lubi egzaltacji.

 

 

 

Łupiennik sam w sobie nie jest górą teatralną. Nie robi od razu tego numeru, który robią niektóre bieszczadzkie grzbiety, gdy wyjdzie się ponad las i nagle otwiera się szerokość. Tu znaczenie bierze się raczej z ciężaru opowieści i z dawnego położenia. „Dwadzieścia cztery kondygnacje” brzmi dziś jak żart, ale dobrze oddaje sposób myślenia ludzi, którzy wysokość musieli sobie jakoś przetłumaczyć na własny język. Kondygnacje są miejskie. Góra zostaje więc opisana kategorią kamienicy albo wieży. To piękne przesunięcie. Człowiek z doliny bierze coś, co zna z pionowego porządku budowli, i nakłada to na masyw górski. Jakby chciał powiedzieć: to nie jest zwykły pagórek, to jest budowla świata. Wielopiętrowa. Prowadząca ku górze stopniami, których nie da się policzyć inaczej.

 

A potem jeszcze ten Lwów. Połączenie dzikiego, leśnego stoku z wielkim miastem na horyzoncie. Zestawienie tak mocne, że musi działać. Dziś wędrówka na szczyt bywa często kwestią rekreacji, treningu albo odhaczania. Wtedy mogła nieść obietnicę prawie metafizyczną. Nie przesadzajmy od razu z tym słowem, bo z metafizyką ludzie lubią robić to samo co z legendą: nadmuchiwać aż pęknie. Powiedzmy ostrożniej. Wejście na górę mogło dać poczucie, że świat nie kończy się tam, gdzie zwykle kończy się wzrok z doliny. To wystarczy. Człowiekowi bardzo często nie potrzeba więcej do zbudowania podania. Wystarczy jedno doświadczenie większej skali. Jedno wyjście ponad codzienność. Jedna jasność tam, gdzie powinna być tylko noc.

 

 

 

Nie bez znaczenia jest też to, że Fredro przyjeżdża tu jako chłopiec z zewnątrz, dla którego wszystko jest nowe. Nowe dla wzroku, nowe dla słuchu. Łapie pstrągi, śmieje się, chodzi po szałasach, je bundz i bryndzę, wierzy, że w każdym parowie siedzi przynajmniej jeden niedźwiedź. To jest spojrzenie świeże, ale nie naiwne. On notuje też ciężar miejsca, deszcz, słotę, gęstość lasów, smutek Cisnej. W jego zapisie góry nie są lukrem. Są czymś większym od człowieka, ale też czymś bardzo konkretnym. I chyba właśnie dlatego zdanie o Lwowie tak dobrze działa. Nie spada z nieba jako ozdobnik. Jest osadzone w świecie, w którym echo po wystrzale robi na ludziach ogromne wrażenie, a trąba juhasa zostaje w pamięci na całe życie.

 

Dzisiejszy problem polega między innymi na tym, że nowość znikła. Przyjezdny widział już tyle obrazów świata, tyle kadrów, tyle widoków z drona i z punktu widokowego, że naprawdę trudno go czymkolwiek poruszyć. Wszystko wydaje się wariacją czegoś, co już było. Jeśli więc powie mu się, że z jakiegoś szczytu widać Lwów, wzruszy ramionami albo wyciągnie telefon, żeby sprawdzić w aplikacji, czy to możliwe. Jest w tym jakaś nędza poznawcza. Nie sama technologia jest winna, tylko utrata zdolności do zdziwienia wagą jednego szczegółu. Dawniej jedna odległa łuna mogła uruchomić legendę na pokolenia. Dziś człowiek ma przed oczami cały rozświetlony kontynent i nie umie z tego wyciągnąć nic poza chwilowym przesytem. Horyzont świeci, ale nie przemawia.

 

 

 

W Cisnej warto czasem pomyśleć właśnie o tej utraconej skali wrażenia. O tym, że dla ludzi końca osiemnastego czy początku dziewiętnastego wieku niektóre rzeczy były naprawdę większe, cięższe i bardziej znaczące nie dlatego, że byli prostsi, tylko dlatego, że żyli w świecie mniej przeładowanym sygnałem. Ciemność nie była pustką, lecz żywiołem. Odległość nie była niedogodnością, lecz strukturą życia. Miasto nie było kolejnym punktem na trasie, lecz innym porządkiem. Góra nie była celem sobotniej aktywności, tylko czymś, co można obejrzeć z dołu z mieszaniną respektu i praktycznej nieufności. Taka rzeczywistość wytwarzała inny rodzaj uwagi. Człowiek szedł mniej, widział mniej, ale to, co zobaczył, miało większą szansę stać się opowieścią. Dziś widzimy bez przerwy. Przez to niewiele zostaje.

 

Kiedy próbuję to sobie poukładać, wraca do mnie obraz starych rowów przy potokach. Kanały prowadzące wodę do kół. Dawno nieczynne, częściowo zarośnięte, a jednak wciąż obecne. To bardzo dobra metafora pamięci miejsca. Dawny przepływ ustał, ale forma została. Trzeba tylko umieć ją zobaczyć. Podobnie z legendą o Lwowie. Może już nikt naprawdę nie idzie na Łupiennik po to, żeby wypatrywać dalekiej łuny nad miastem, ale sama forma opowieści została. Będzie istniała dopóty, dopóki ktoś uzna ją za wartą powtórzenia. Pytanie tylko, co z nią robić. Spłaszczyć do atrakcji? Wydrukować na tablicy? Przerobić na pocztówkę? To byłaby szkoda. Lepiej potraktować ją jako szczelinę, przez którą widać dawny sposób doświadczania świata.

 

 

 

W jednym z tych cichszych momentów, kiedy na cmentarzu nie ma nikogo, stanąłem przy starym nagrobku związanym z hutą. Żelazo, rdza, kamień, cienie drzew. Nie było w tym nic efektownego, a jednak pomyślałem, że to właśnie jest najlepsza lekcja Cisnej. Miejsce, które większość kojarzy z barową legendą, gitarą i udawaną wolnością, ma w sobie bardzo twarde jądro. Przemysł, praca, technika, obcojęzyczny inżynier, który gdzieś tu żył, projektował, budował, a potem jego rodzina została pod tym żelazem. Żadnego łatwego piękna. Żadnego sentymentu. Tylko fakt, że nawet na krańcu lasów ludzie potrafili uruchomić mechanizm większy od własnej chaty.

 

To także dobrze studzi współczesne bajanie o „pierwotności” tych gór. Bieszczady nigdy nie były pustą sceną natury czekającą, aż przyjedzie mieszczuch i dozna. Były przestrzenią użytkowaną, przetwarzaną, zasiedlaną, eksploatowaną, porzucaną, przeżywaną na wiele sposobów. Cerkiew obok kuźni, pasterstwo obok huty, potok jako granica, droga i źródło energii zarazem. Historia nie jest tu dodatkiem do krajobrazu. Jest jego raną, zagęszczeniem, drugim obiegiem. Kto tego nie widzi, ten chodzi po powierzchni jak po scenografii.

 

 

 

Wracam czasem do tego zdania Fredry o „granicy świata” w Baligrodzie. Za Baligrodem zaczyna się czarne gardło. Mocne, uczciwe określenie. Zwłaszcza dziś, gdy granice świata przesunęły się tak dalece, że prawie nigdzie nie da się już poczuć naprawdę wejścia w obcość. Wszystko jest dostępne, opisane, geotagowane, sfotografowane. A jednak, jeśli człowiek ma odrobinę wyobraźni, może sobie wyobrazić tamto wjeżdżanie w dolinę, w której droga i rzeka są jednym, po obu stronach stoją czarne ściany lasu, niebo siada nisko, a dalszy ciąg świata jest nie tyle niewidoczny, co niepewny. Tylko w takiej scenerii opowieść o szczycie, z którego widać Lwów, mogła mieć odpowiednią siłę. Na tle mapy Google brzmi ładnie. Na tle czarnego gardła brzmi jak obietnica.

 

To również tłumaczy, czemu miejscowa pamięć tak chętnie chwyta się rzeczy wybijających się poza zwykłą skalę: ogromny niedźwiedź, rozbójnik, który sieje postrach, sztolnia sięgająca daleko w górę doliny, szczyt z widokiem aż po wielkie miasto. Odludzie nie lubi banału. Potrzebuje figur powiększonych, bo sama codzienność i tak jest wystarczająco ciężka. Nie widzę w tym nic śmiesznego. Raczej mądrość. Człowiek, który żyje przy samej ziemi, czasem musi sobie stworzyć zdanie większe niż jego obejście. Inaczej ugrzęźnie w błocie dosłownie i duchowo.

 

 

 

W źródłach o hucie można wyczytać rzeczy techniczne: gdzie stał piec, gdzie fryszerka, gdzie kuźnia, jak wodą napędzano miechy i młoty, którędy poprowadzono rowy, jakie były produkty końcowe. Narzędzia, krzyże, ogrodzenia, piece. Jedno z tych urządzeń trafiło po wojnie do muzeum w Sanoku. Dobrze, że przynajmniej tyle ocalało, ale prawdę mówiąc bardziej przekonuje mnie to, co zostało na miejscu. Muzeum jest wygodne. Miejsce oryginalne – niekoniecznie. Trzeba się tam pofatygować, coś doczytać, coś sobie wyobrazić, czasem przemoczyć buty. W nagrodę dostaje się jednak więcej niż eksponat za szybą. Dostaje się relację między rzeczą a terenem. To zawsze cenniejsze.

 

I znów wracamy do współczesnego problemu. Nasza kultura bardzo lubi odrywać rzeczy od ich środowiska. Zabiera się obiekt, czyści, opisuje, ustawia i już wiadomo, co on znaczy. Tymczasem żelazo z Cisnej naprawdę znaczy dopiero wtedy, gdy zestawić je z potokiem, sztolnią, doliną, z tym całym kłopotliwym krajobrazem, który umożliwił jego powstanie. Bez tego zostaje tylko ciekawostką. A ciekawostka to najczęściej pierwszy stopień do zapomnienia. Człowiek mówi „o, interesujące”, kiwa głową i idzie dalej. Miejsce zostaje w tyle. Warto się temu opierać. Nie z ideologii, tylko z szacunku do faktu, że świat jest bardziej posklejany, niż chcieliby kustosze i przewodniki.

 

 

 

Wyobrażam sobie czasem ten dawny wieczór w Cisnej, gdy deszcz pada, z lasów kurzy, a przy kominie siedzą ludzie i słuchają młotów z fryszerki. To bardzo gęsty obraz. Na zewnątrz góra i słota, w środku ogień, rozmowa, opowieść, metaliczny rytm pracy dobiegający z ciemności. Taki świat nie dzielił się jeszcze na osobne przegródki: tutaj przemysł, tam natura, tu rozrywka, tam historia. Wszystko działało naraz. Niedźwiedź mógł być realnym zagrożeniem, rozbójnik realnym problemem, a jednocześnie opowieści o jednym i drugim krążyły przy stole jako element towarzyskiego życia. Piec huczał, a ktoś obok wypuszczał w obieg kolejną legendę. To nie był świat prosty, ale był spójny. Człowiek wiedział, że rzeczy należą do siebie.

 

My dziś należymy do świata porozcinanego na funkcje. Historia w muzeum. Przyroda w parku. Rozrywka w knajpie. Duchowość na cytacie. Wiedza w telefonie. Każda rzecz na swoim miejscu, czyli nigdzie naprawdę. Może dlatego tak trudno nam już zrozumieć, jak mogło działać jedno zdanie zasłyszane od miejscowych: że z tej góry widać Lwów. Szukamy natychmiast dowodu, weryfikacji, mierzalności, a tymczasem istotą tej opowieści było zapewne coś innego. To, że dawała ludziom linię wyjścia poza własny horyzont. Nie geodezyjną, tylko wyobrażeniową. Taką, bez której każde odludzie staje się tylko pułapką.

 

 

 

Ktoś mógłby powiedzieć, że to wszystko przesada, bo ostatecznie mówimy tylko o jednej górze, jednym zdaniu z pamiętnika i paru śladach po dawnej hucie. Owszem. I właśnie na tym polega sens. Prawdziwe miejsca rzadko odsłaniają się przez wielkie syntezy. Raczej przez drobiazg, który otwiera resztę. Tu takim drobiazgiem jest łuna. Gdzie indziej bywa nim kamień, krzyż, stara fotografia, źle rosnące drzewa na miejscu po zabudowaniach. Trzeba nauczyć się myśleć z małego znaku. Wbrew pozorom to bardziej uczciwe niż budowanie szerokich teorii o duchu regionu. Duch regionu najczęściej śmierdzi marketingiem. Znak bywa konkretny.

 

Pod tym względem Cisna jest miejscem wymagającym. Nie oddaje się od razu. To dobrze. Wszystko, co oddaje się za szybko, budzi moje podejrzenie. Miejscowości zbyt ochoczo sprzedające własną legendę przypominają ludzi, którzy nie zapytani opowiadają o swojej niezwykłości. Zwykle kończy się to niezręcznością. Cisna broni się jeszcze resztkami. Wciąż da się tu wyjść poza gotowy spektakl i zobaczyć teren, który nie potrzebuje animatora. Trzeba tylko chcieć. Pójść na cmentarz zamiast od razu do baru. Zajrzeć nad potok. Poszukać rowu. Przeczytać kilka starych zdań nie po to, by je zacytować przy piwie, ale by sprawdzić, co z nich jeszcze zostało pod nogami. To jest robota spokojna. Dobra na człowieka, który nie musi już wszędzie udowadniać, że czuje.

 

 

 

Pamiętam jedno wyjście jesienne, kiedy światło gasło szybciej niż zwykle, a dolina robiła się ciężka od wilgoci. Nie szedłem daleko. W takich warunkach dalekość nie jest miarą sensu. Ważniejsze było patrzeć, jak ciemność zbiera teren warstwami. Najpierw znikały szczegóły na przeciwległym zboczu, potem linia lasu rozlewała się w jedną czarną masę, aż w końcu nawet droga straciła kontur i została tylko domysłem między jednym a drugim cieniem. Wtedy łatwiej pojąć, czym mogła być dawna noc. Nie ta romantyczna, wydrukowana na plakacie, ale zwyczajna, poważna noc, w której człowiek nie ma już wiele ponad słuch, pamięć drogi i własne opanowanie. W takim świecie odległa jasność naprawdę musi bić mocniej. Nie dlatego, że jest ładna, tylko dlatego, że przeciwstawia się całości ciemności.

 

Stałem chwilę i próbowałem wyobrazić sobie, jak wyglądał horyzont bez współczesnego rozproszenia światła. Niebo zapewne ostrzejsze, gwiazdy gęstsze, ziemia ciemniejsza. I nagle gdzieś daleko uniesiona łuna. Nie jak dziś, gdy wszystko jest stale podświetlone. Wtedy musiała być czymś niepokojącym i pociągającym jednocześnie. Znak obecności miasta. Znak świata większego, nieobecnego tu, ale realnego. Nic dziwnego, że ktoś to zapamiętał. Nic dziwnego, że ktoś o tym opowiadał. I nic dziwnego, że z czasem mówiono już nie o łunie, lecz po prostu o tym, że z wierzchołka widać Lwów. Język skraca drogę. Legenda dopowiada resztę.

 

 

 

Bardzo możliwe, że w tej opowieści kryje się również zwykła potrzeba prestiżu. Każda miejscowość lubi mieć coś swojego, coś niezwykłego, czym można się odróżnić od sąsiadów. Jedni mają cudowne źródełko, inni święty obraz, jeszcze inni zbójnicką pieczarę. Tu można było mieć górę, z której widać wielki Lwów. Proste, mocne, łatwe do zapamiętania. Nie ma w tym nic nagannego. Społeczności od dawna budują swoją pozycję także poprzez opowieści. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy ktoś chce te opowieści albo wykastrować z sensu, sprowadzając je do literalnej prawdy, albo napompować do poziomu cepelii. Jedno i drugie zabija.

 

Dlatego najlepiej zostawić tej legendzie trochę powietrza. Niech oddycha między faktem a wyobraźnią. Niech nie będzie ani szkolnym zadaniem z topografii, ani turystyczną naklejką. Kiedy czytam Fredrę, widzę w tym zdaniu nie informację, lecz moment. Młody człowiek słyszy miejscowe podanie i zapisuje je z wyraźnym smakiem. Rozumie, że coś w tym jest. Nie musi uwierzyć dosłownie. Wystarczy, że uchwycił ton tej opowieści. A ton bywa cenniejszy niż ścisłość. Zwłaszcza w sprawach pamięci.

 

 

 

Tak samo jest z dawną hutą. O niej również można mówić na dwa sposoby. Pierwszy to styl przewodnikowej ciekawostki: w Cisnej działała huta żelaza, o, proszę bardzo, były sztolnie, były urządzenia wodne, zamknięto w 1864 roku, warto zobaczyć nagrobek. Wszystko się zgadza i niewiele z tego wynika. Drugi sposób polega na tym, żeby spróbować zobaczyć skalę wysiłku ukrytą za tymi suchymi informacjami. Huta w górach nie jest detalem. To znaczy, że ktoś postanowił podporządkować kawał terenu określonej technologii i zmusić naturę do współpracy. Woda miała pracować. Ruda miała wyjść z ziemi. Drewno miało zostać przerobione na energię, budynki, konstrukcje. Ludzie mieli mieszkać, pilnować, transportować, kuć. Wszystko to w miejscu, które nie leży przy głównej drodze do niczego.

 

Taki przemysł na peryferiach jest zawsze formą uporu. I to uporu godnego uwagi. Nie sentymentalnego, nie „bieszczadzkiego” w dzisiejszym plastikowym sensie, tylko zwyczajnego ludzkiego uporu wobec materii. Właśnie dlatego ślady po nim mają dla mnie większą wartość niż niejeden głośny symbol tej okolicy. Bo za nimi stoi prawdziwa praca, a nie legenda sprzedawana na kubku. Można oczywiście wzruszyć ramionami i powiedzieć, że to tylko dawna huta. Można. Tylko że wtedy człowiek sam sobie odbiera najlepszą część miejsca: możliwość zobaczenia, że nawet tutaj historia nie była jednowymiarowa.

 

 

 

Wracając któregoś razu z takiego włóczenia, minąłem grupę ludzi siedzących przy drodze. Rozmowa szła szeroko, jak to bywa, gdy nikt nie ma nic szczególnie ważnego do powiedzenia, ale wszyscy czują potrzebę mówienia. Padły sztolnie. Padł Fredro. Padł jakiś cytat przerobiony już nie do poznania. Ktoś zapewniał, że tunel pod Cisną ma kilkanaście kilometrów, ktoś inny, że w czasie wojny chowali tam nie wiadomo co, a jeszcze inny, że z tej czy tamtej góry przy dobrej pogodzie widać pół Europy. Słuchałem chwilę i pomyślałem, że to w gruncie rzeczy bardzo stare zjawisko. Te same mechanizmy, które działały w czasach Krzyżanowskiego, działają i dziś. Tyle że dawni blagierzy mieli lepsze ucho do opowieści. Dzisiejsi często tylko powielają zasłyszane resztki bez wdzięku i bez wyczucia.

 

Nie ma jednak sensu obrażać się na samo istnienie przesady. Ludzie zawsze będą dodawać. To naturalne. Trzeba tylko umieć odróżnić przesadę płodną od jałowej. Płodna przesada otwiera ciekawość, każe sprawdzić, pójść, spojrzeć. Jałowa zamyka wszystko w gotowym bon mocie. Kiedy słyszę, że „sztolnie są pod całą Cisną”, nie mam ochoty przytakiwać z sympatii dla folkloru. Wolę iść w teren i sprawdzić, gdzie naprawdę było wejście. Nie po to, żeby komuś wygrażać nauką, ale po to, żeby legenda nie pożarła całego konkretu. Konkret jest tu zbyt cenny.

 

 

 

Na tym właśnie polega rola przewodnika bez uniformu, jeśli wolno użyć takiego określenia. Nie na tym, żeby mówić ludziom, co mają czuć, lecz żeby pokazać, gdzie patrzeć, a czego nie kupować w ciemno. Miejsce ma własny głos, tylko trzeba wyciszyć szum. Czasem oznacza to prostą radę: zacznij od cmentarza, nie od baru. Czasem: nie wierz we wszystko, co mówi miejscowy celebryta po kieliszku. Czasem: zwróć uwagę na kształt jaru, bo nie każdy jest naturalny. Czasem wreszcie: kiedy czytasz stare pamiętniki, słuchaj nie tylko faktów, ale tonu, bo w nim kryje się doświadczenie epoki. To nie są wielkie prawdy. Raczej zasady poruszania się po terenie, który jest jednocześnie materialny i pamięciowy.

 

W ogóle warto pamiętać, że rozsądek terenowy bywa najlepszą metodą interpretacji. Kto schodzi w dół, powinien wiedzieć, którędy wrócić. Kto idzie do miejsca po sztolni, powinien patrzeć pod nogi nie tylko z powodu historii, ale też z powodów znacznie bardziej przyziemnych i śmierdzących. Kto słyszy piękną opowieść, powinien zadać sobie pytanie, co w niej jest zakorzenione w terenie, a co tylko doczepione dla efektu. Nie ma w tym nic akademickiego. To po prostu higiena poznawcza. Dobra nie tylko w górach.

 

 

 

W pewnym sensie ta cała historia o Łupienniku i Lwowie jest również historią o widzeniu na odległość. Nie w sensie cudownym, tylko ludzkim. O potrzebie zobaczenia czegoś, co wykracza poza najbliższy horyzont własnego życia. Tę potrzebę widać i u miejscowych, którzy tworzą podanie, i u Fredry, który je zapisuje, i u Jacka Fredry, który z odległej górskiej wsi próbuje zrobić coś więcej niż zapomniany majątek. Jeden chce zobaczyć miasto z góry. Drugi chce wydobyć z gór żelazo i włączyć tę dolinę w większy obieg świata. W obu przypadkach chodzi o przekroczenie prowincji, ale nie przez pogardę dla miejsca, tylko przez znalezienie w nim punktu wyjścia.

 

Może dlatego tak nie lubię współczesnego fetyszu peryferyjności, który udaje czułość, a bywa zwykłym lenistwem myślowym. Mówi się o końcu świata z upodobaniem, jakby to samo w sobie było wartością. Tymczasem ludzie żyjący na rzeczywistych krańcach zwykle nie celebrują swojej odległości. Raczej próbują sobie z nią radzić. Budują, handlują, opowiadają, migrują, łączą się z centrum jak tylko mogą. Łuna Lwowa na horyzoncie nie jest przecież pochwałą izolacji. Jest dokładnie odwrotnie – znakiem, że gdzieś dalej istnieje świat, z którym warto utrzymać choćby wyobrażeniowy kontakt.

 

 

 

To wszystko można by jeszcze długo rozważać, ale teren ma tę przewagę nad esejem, że w końcu zawsze przerywa. Zapada zmrok, zaczyna kropić, trzeba wracać. I dobrze. Zbyt długie myślenie o miejscu bez ruszenia nogą robi z człowieka mędrca od cudzych ścieżek. Ja wolę, żeby ostatnie słowo należało do drogi. Kiedy schodzi się z takich włóczęg z powrotem do Cisnej, mija się te same domy, te same auta, ten sam współczesny bałagan, ale coś już siedzi pod skórą inaczej. Człowiek wie, że pod powierzchnią knajpianego mitu leży inna warstwa. Że za jednym zdaniem z pamiętnika ciągnie się cała sieć wyobrażeń o ciemności, odległości i potrzebie widzenia dalej. Że pod nogami zostały rowy po wodzie, ślady po sztolniach, żelazo z huty i pamięć ludzi, którzy zrobili z tej doliny coś więcej niż dekorację.

 

Nie trzeba z tego od razu robić programu naprawy turystyki ani nowej pedagogiki miejsca. Wystarczy trochę uczciwości. Zobaczyć, że Cisna ma długą, namacalną historię, która nie mieści się w słupie z tabliczkami. Uznać, że legenda o Lwowie jest cenna nie dlatego, że można ją udowodnić co do metra, lecz dlatego, że mówi coś istotnego o dawnym sposobie patrzenia. I może jeszcze przyjąć do wiadomości, że światło kiedyś znaczyło więcej, bo było go mniej. To akurat dotyczy nie tylko gór.

 

 

 

Na koniec zostaje mi obraz najprostszy. Człowiek stoi wysoko. Pod nim czarne lasy, ciemne doliny, cisza tak pełna, że aż słyszalna. Daleko nad horyzontem pojawia się lekka jasność. Nie wiadomo jeszcze, czy to naprawdę miasto, czy tylko coś, co miasto przypomina. Ktoś obok mówi, że to Lwów. Człowiek patrzy dłużej, bo chce wierzyć. Potem schodzi na dół i powtarza to innym.

 

Po latach z tej jasności zostaje zdanie. A zdanie, jak to bywa ze zdaniami, potrafi przeżyć dłużej niż ogień, który je kiedyś zapalił.