
No i proszę, oto on. Moje bieszczadzkie cacko, ten Land Rover, co to wozi mnie po tych wertepach, gdzie diabli mówią dobranoc. Ustawiony dumnie, a właściwie to trochę nieporadnie, tuż za tym cholernym, zaczopowanym odwiertem naftowym. Tak, dobrze widzisz. Tu kiedyś była kopalnia ropy naftowej. Wyobraź sobie, że stoisz na kawałku ziemi, gdzie z dziury w ziemi płynęło czarne złoto, a teraz? Teraz tylko te blaszane wrota do podziemi, zardzewiałe i zapomniane, jak wiele innych rzeczy w tych Bieszczadach.
Wokół, jak to na wczesną wiosnę przystało, wszędzie ten niski, jeszcze nieśmiały, ale już wyłażący z ziemi lepiężnik. Zieleń dopiero budzi się do życia, taka soczysta i świeża, kontrastująca z tą zardzewiałą historią, którą mam za plecami. Właściwie to w koło jest ta świeżość, a tam – przeszłość. Ta fura, co stoi tu dumnie, to nie jest żaden salonowy wypas, tylko prawdziwy wół roboczy. Znamy się na wylot, on i ja. Wie, co to bieszczadzka droga, co to błoto po pachy i co to znaczy zawisnąć na jakiejś cholernej gałęzi w środku niczego.
I tak tu sobie stoimy. Ja, moja maszyna i ten stary korek od naftowej przeszłości. Każdy kamień, każda plama błota na karoserii tego Land Rovera ma swoją historię. Podobnie jak ten odwiert. Milczący świadek czasów, gdy Bieszczady żyły nie tylko turystyką i opowieściami o zakapiorach, ale też ciężką pracą i wydobyciem tego, co ziemia dała. Nie widać tu luksusów, wygody, ale jest ta surowość, co pozwala dospać do rana, a rano ruszyć tyłek w drogę. Dokładnie tak, jak lubię.
Ta fotografia to nie tylko Land Rover i kawałek zieleni. To opowieść o tym, że Bieszczady to miejsce, gdzie przeszłość splata się z teraźniejszością. Gdzie historia nie umiera, tylko czeka sobie na poboczu, lekko zardzewiała, ale wciąż obecna. Tak jak ten odwiert. I tak jak mój Land Rover, który mimo lat, wciąż dzielnie stawia czoła bieszczadzkim wyzwaniom.
