Są ludzie, którzy potrafią zaplanować dzień co do kwadransa. Godzina wyjścia. Godzina obiadu. Godzina odpoczynku. Nawet spontaniczność mają wpisaną w kalendarz między 14:30 a 15:15.
Nigdy nie byłem jednym z nich.
Oczywiście plan jest potrzebny. Bez planu łatwo skończyć w rowie, dosłownie i w przenośni. Problem zaczyna się wtedy, gdy plan staje się ważniejszy od rzeczywistości.
Kilka dni temu było gorąco. Nie tak zwyczajnie gorąco. Tak gorąco, że człowiek przestaje myśleć o ambitnych celach, a zaczyna rozważać przeprowadzkę do lodówki.
I właśnie wtedy przypomniałem sobie o miejscu, które natura schowała wyjątkowo starannie.
Nie ma tam drogowskazów.
Nie ma reklam.
Nie ma tabliczek informujących o lokalnej atrakcji.
Można przejść kilkadziesiąt metrów obok i nawet nie zauważyć, że kilka kroków dalej płynie woda zimna jak wyrzut sumienia.

Usiadłem w potoku.
Kapelusz został na głowie. Reszta była już sprawą drugorzędną.
Woda sięgała do piersi i miała temperaturę, która skutecznie przywraca człowiekowi szacunek do praw fizyki. Po kilku minutach organizm przestaje negocjować. Akceptuje sytuację.
I właśnie wtedy przypomniało mi się, dlaczego nie lubię planować każdej godziny.
Bo gdybym był wierny planowi, siedziałbym wtedy przy komputerze.
Albo odhaczał kolejne punkty listy zadań.
Albo wykonywał jakąś ważną czynność, której tydzień później i tak nikt nie będzie pamiętał.
Tymczasem siedziałem w źródlanej wodzie.
Powyżej nie ma żadnej zabudowy. Żadnej chaty. Żadnego gospodarstwa. Niczego, co mogłoby wpuszczać do potoku ścieki albo szambo. Woda płynie przez las tak, jak płynęła długo przed tym, zanim ktoś wymyślił harmonogramy, spotkania online i aplikacje do zarządzania czasem.
To miejsce ma w sobie coś uczciwego.
Nie próbuje być atrakcją.
Nie zabiega o uwagę.
Nie walczy o lajki.
Po prostu jest.
Coraz częściej mam wrażenie, że najlepsze rzeczy w życiu wyglądają właśnie w ten sposób.
Nie krzyczą.
Nie reklamują się.
Nie próbują nas przekonać, że są wyjątkowe.
Siedzą gdzieś na uboczu i cierpliwie czekają, aż człowiek przestanie się spieszyć.
Oczywiście nie nawołuję do porzucenia planów. Gdybym nie planował niczego, pewnie prędzej czy później obudziłbym się gdzieś w Rumunii bez paliwa, mapy i sensownego pomysłu na powrót. Plan ma swoje miejsce.
Ale warto zostawić w nim trochę luzu.
Miejsce na skręt w nieoznaczoną drogę.
Na rozmowę, której nie było w kalendarzu.
Na potok, którego nie było na liście atrakcji.
Na godzinę, która formalnie jest stracona, a po latach okazuje się jedną z niewielu naprawdę zapamiętanych.
Bo życie bardzo rzadko dzieje się wtedy, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem.
Najczęściej dzieje się tam, gdzie na chwilę przestajemy go pilnować.