
Na tym zdjęciu jestem ja i Rychu. Wierszokleta ze Strzebowisk, który w Cisnej zrobił sobie z poezji sposób na przetrwanie. Urzędował w starej, sypiącej się budzie, którą z wisielczym humorem nazywał „Pawulonem”. To nie była nazwa handlowa, tylko aluzja do łódzkich lekarzy-morderców i pawulonu – środka, który wiotczył mięśnie i wysyłał pacjentów na tamten świat.
Fotografia pochodzi z mojego pierwszego samodzielnego wypadu w Bieszczady, zaraz po maturze. Miałem wtedy na plecach toboł tak nieludzki, że współpasażerowie z pociągu zapamiętali mnie wyłącznie przez ten ciężar. Szedłem klasyką: Łopiennik, Łopienka, aż do Wetliny, do tego specyficznego skansenu ludzkiego, który prowadził Stachu Łapa.
„Pawulon” w Cisnej miał swoje zasady. Front witryny rzadko widywał klienta – na szybie wisiała kartka:
„Z powodu choroby sprzedawca daje od tyłu”.
Trzeba było obejść budę, żeby trafić na Rycha. Siedział tam i „turkał” te swoje wiersze. Dopiero później dowiedziałem się, skąd brał inspirację. Jego córka, mężatka we Włoszech, dostawała od męża Turka poezję arabską i przesyłała ją ojcu. Rychu to sobie tłumaczył na bieszczadzki. Część jego twórczości to był właśnie ten pustynny import, przeszczepiony na grunt tutejszego błota i świerków.
Obok, w tym samym zaduchu, siedział Bodzio Sikorka i dubał „dusiołki” – małe, drewniane gęby. Nasza znajomość zaczęła się od transakcji: zamówiłem trzy sztuki, zapłaciłem z góry, rzeźb nie było. Miały dojść pocztą. Nie doszły. Kiedy po miesiącach wróciłem zapytać o towar, Rychu zrobił wielkie oczy. Oddał je w końcu, ale niesmak został. Chodziło o paręnaście złotych. Nie wiem, czy chciał mnie naciągnąć, czy po prostu mózg przeżarty alkoholem wykasował dane. Tam, w tej budzie, spotykali się wszyscy lokalni opoje. To było centrum dowodzenia tutejszego marginesu.
Lata później sam tam stałem, sprzedając u Rycha koszulki i kapelusze. Mechanizm był prosty i bezlitosny: żyła złota nazywała się „kuracjusz z Polańczyka”. Ludzie z sanatoriów chcieli poczuć „dzikość”, więc ładowali się w autokary na Dużą Obwodnicę. Przewodnicy, żeby mieć w Cisnej pół godziny spokoju na piwo w Siekierezadzie, urabiali ich przez całą drogę. Opowiadali o wielkim poecie, kochanku gór i natury. Efekt? Ludzie wychodzili z autobusu napaleni jak na objawienie. Ustawiali się w kolejce po tomik, a Rychu w jeden kurs potrafił wykręcić kilka tysi czystego zysku.
System był domknięty. Turyści przynosili flaszki, żeby napić się z „mistrzem”. Wypijali po kieliszku, autokar odjeżdżał, a flaszka zostawała przy nodze poety. O ósmej rano, kiedy otwierałem budę, Rychu już wyciągał kasę: „Barnaba, idź po flaszkę”. Do obiadu miał już przy sobie litr od turystów i drugie tyle od miejscowych, którzy schodzili się na darmowe picie. Gość był permanentnie odcięty, a na alkohol nie wydawał ani grosza.
W budzie stała leżanka. To, co się na niej działo, to było regularne zmartwychwstanie. Rychu kładł się jako zwłoki – bez mocy, bez kontaktu, totalny zgon. Piętnaście minut drzemki i wstawał nowy człowiek, gotowy do dalszej recytacji i dalszego picia. Biologia oszukana przez rutynę.
Pamiętam jeden lipcowy weekend. Czterdzieści stopni, blacha budy parzy, w środku piekło. Rychu od trzynastej był już zniszczony, ledwo trzymał pion. Zobaczył kolejny autokar wjeżdżający na parking. Pot ze skroni zalewał oczy. Wiedział, że nie da rady – znowu recytacje, znowu zdjęcia z babami, znowu udawanie wieszcza. Wyciągnął z kieszeni pokaźny zwitek banknotów, wyjątkowo obfity utarg, spojrzał i powiedział do mnie z przerażeniem dziecka w oczach:
„Barnaba, zamykaj tę budę, na chuj mi tyle pieniędzy”.
Częstym gościem był tam Zygmunt Kulenty. Król żuli, człowiek-legenda, który wedle zapewnień Wierszoklety, mył się dwa razy w roku. Kładł się w potoku, żeby nurt zabrał z niego brud. Były policjant, gość zamożny, bo oszczędny i zaprawiony w braniu łapówek - czyli przyjmowaniu wyrazów wdzięczności za przychylne traktowanie spraw błachych, trudnych i niemożliwych. Nakupił ziemi w dobrych czasach, a potem odsprzedawał po kawałku. Część spylił właścicielowi knajpy w połowie za kesz, a w połowie w zamian za dożywotnie obiady i „piwo z bombą”. Wchodził więc do restauracji w szczycie sezonu, śmierdzący tak, że czuła go połowa wsi, i jadł powoli, celebrując smród i konsternację turystów.
Widziałem go kiedyś u Rycha. Usiadł w progu, wyciągnął scyzoryk i najpierw podrapał się nim po świerzbie na łydce, a sekundę później tym samym ostrzem pokroił bułkę i posmarował ją pasztetem. Zero mrugnięcia okiem. Radykał. W całej Azji nie znajdziesz większego obrzydlistwa niż tamta jego bułka smarowana tym wielozadaniowym knypem.
Zygmunt znał wiersze Rycha na pamięć. Kiedy poeta zaczynał swój spektakl – modulował głos, pracował ciszą, budował napięcie – Kulenty wchodził mu w słowo i wypluwał końcówkę wiersza swoim rzężącym głosem, niszcząc cały efekt. Rychu dostawał szału.
Koniec był marny. Cukrzyca i nowotwór. Podczas operacji wycięli Rychowi coś w szyi i uszkodzili struny głosowe. Poeta, który żył między innymi z głosu, przestał mówić wyraźnie. Na samym końcu, kiedy nie mógł już recytować, wspierał go właśnie ten sam Zygmunt Kulenty. Ten, który wcześniej mu ten szoł kradł, teraz stał się jego jedynym głosem.
W Bieszczadach tak właśnie domykają się pętle. Bez patosu, w oparach wódki i smrodzie.
