Są miejsca, które nie oferują niczego. Nie ma tam widoku na szczyty, nie ma tablicy informacyjnej, nie ma powodu, żeby się zatrzymać dłużej niż na jedną noc. Jest drewniany stół, kilka desek pod plecami, okno, które nie domyka się do końca. I cisza, która nie jest brakiem dźwięku — tylko brakiem żądań.
Trafiłem tam późnym wieczorem, już po ciemku. Chatka pachniała wilgotnym drewnem i czymś, co można by nazwać historią, ale to za duże słowo na zwykły kurz i dym. Na stole stały dwie świece. Ktoś je tu zostawił. Może dla mnie, może dla kogokolwiek, kto przyjdzie po mnie. Zaparzyłem czaj — dużo czaju, bo na to miałem ochotę i nie było nikogo, kto by pytał, czy to mądry pomysł o tej porze. Usiadłem.
Świece paliły się osobno. Potem zaczęły się stykać płomieniami. Potem woskiem. Nikt tego nie planował.

Kobiety, które żyją w trybie ciągłej odpowiedzialności, rzadko mają dostęp do momentów, które nie wymagają nic. Wyjazd „dla siebie" często zamienia się w kolejne zadanie do odrobienia — właściwy adres, właściwy czas, właściwa ilość odpoczynku. Nawet urlop bywa projektem. Zmęczenie nie znika, tylko zmienia lokalizację.
Bieszczady mają tę właściwość, że nie współpracują z tym modelem. Teren jest na tyle nieuprzejmy, żeby nie dać się oszukać — nie można tu udawać, że się „ogarnia". Można za to przestać udawać wszystko inne.
Rola przewodnika bieszczadzkiego — i mówię o tym bez patosu — polega między innymi na tym, żeby nie przyspieszać. Nie dokładać tempa tam, gdzie ktoś potrzebuje go stracić. To rzadka kompetencja, zwłaszcza gdy wszystko wokół trenuje nas do ciągłego posuwania się naprzód.
Siedziałem przy tych świecach długo. Bez telefonu, bez listy rzeczy do zrobienia, bez planu na następny dzień. Kubek był metalowy — taki, który parzy palce, jeśli się nie uważa. Uważałem. To wystarczyło za zajęcie.
Jest coś w skromności miejsca, które nie próbuje robić na tobie wrażenia. Chatka nie miała ambicji. Drewno było zwykłe. Światło — takie, żeby widzieć, ale nie za dużo. I to „nie za dużo" okazało się dokładnie tym, czego potrzebowałem, nie wiedząc wcześniej, że tego potrzebuję.
Rezygnacja z komfortu bywa mylona ze spartańskim heroizmem. Tymczasem to coś innego — to zgoda na to, żeby świat był mniejszy. Żeby na jedną noc stół, świeca i kubek z czajem były wystarczającym krajobrazem. Nie jako ćwiczenie duchowe. Jako fakt.
Dwie świece stapiają się powoli. Nie ma w tym żadnego symbolu, jeśli nie chcesz. Jest tylko fizyka wosku i temperatura płomienia. Ale patrzy się na to inaczej, gdy jest się samemu, w ciszy, po długim dniu w terenie.
Może właśnie dlatego zapamiętuje się takie wieczory — nie dlatego, że były piękne. Dlatego, że nie wymagały bycia nikim więcej niż się jest.
Cel tej drogi zapomniałem szybciej, niż myślałem. Wieczór przy świecach pamiętam do dziś.