Cisza, która nie jest ucieczką

Cisza ma dziś złą prasę. Zbyt często bywa sprzedawana jako rozwiązanie, lekarstwo albo etap jakiejś wewnętrznej przemiany. W pakiecie z ciszą idą zwykle obietnice: że coś zrozumiesz, że wrócisz inny, że „odetchniesz pełną piersią”. Ten rodzaj ciszy jest obciążony zadaniem. Ma coś zrobić z człowiekiem. Ma działać. A to już nie jest cisza, tylko kolejna forma presji, tyle że w ładniejszym opakowaniu.

Jest jednak inny rodzaj ciszy. Taki, który nie obiecuje absolutnie niczego. Nie proponuje sensu, nie podsuwa wniosków, nie oczekuje wdzięczności. Nie jest etapem procesu ani częścią narracji. Po prostu jest. I właśnie dlatego bywa najbardziej potrzebny tym, którzy nie są w kryzysie, tylko w nadmiarze.

To nie są ludzie, którzy chcą „uciec od życia”. To raczej ci, którzy przez dłuższy czas żyli bardzo intensywnie, uważnie, odpowiedzialnie. Pracowali z głową, reagowali na bodźce, odpowiadali na pytania, które stale ktoś im zadawał. Byli dostępni. Funkcjonalni. Sprawni. I w którymś momencie odkryli, że największym problemem nie jest zmęczenie, tylko ciągła konieczność bycia „w czymś”.

Cisza, o której mowa, nie służy regeneracji w klasycznym sensie. Nie chodzi o to, żeby wrócić silniejszym albo bardziej zmotywowanym. Chodzi raczej o zdjęcie z siebie warstwy oczekiwań, które narosły niepostrzeżenie. O możliwość bycia przez chwilę kimś, kto nie musi reagować, komentować, planować. Kimś, kto nie jest w trakcie żadnego procesu.

Dlatego tak ważne jest miejsce. Nie jako „destynacja”, ale jako przestrzeń pozbawiona narracji. Taka, która nie narzuca interpretacji. Droga, która nie prowadzi do atrakcji. Las, który nie próbuje być metaforą. Cisza, która nie domaga się uwagi. W takim miejscu łatwiej zauważyć, jak bardzo codzienność opiera się na napięciu – nawet wtedy, gdy wydaje się poukładana.

To napięcie nie zawsze jest dramatyczne. Częściej ma postać drobnych, powtarzalnych impulsów: sprawdzania, reagowania, bycia „na bieżąco”. Kiedy nagle przestają one docierać, pojawia się coś w rodzaju pustki. I to jest moment, który wiele osób interpretuje błędnie. Uznaje go za problem, brak, objaw ucieczki. Tymczasem jest to zwykły brak bodźców, do którego organizm i głowa nie są już przyzwyczajone.

Cisza bez funkcji bywa na początku niewygodna. Nie dlatego, że odsłania jakieś głębokie prawdy, ale dlatego, że nie daje niczego w zamian. Nie nagradza. Nie stymuluje. Pozwala się nudzić, rozpraszać, iść bez celu. Dla wielu to doświadczenie nowe, bo nawet odpoczynek bywa dziś zaplanowany i produktywny.

W tej ciszy nie trzeba niczego rozwiązywać. Nie trzeba się poprawiać. Nie trzeba wiedzieć, co dalej. Można iść, zatrzymać się, wrócić tą samą drogą. Można zmienić zdanie bez powodu. Można niczego nie zapamiętać. To nie jest strata czasu. To czas, który nie został jeszcze podporządkowany żadnej opowieści.

Wbrew pozorom, taka cisza nie oddziela od życia. Raczej na chwilę zawiesza jego interpretację. Pozwala zobaczyć, że wiele rzeczy, które wydają się konieczne, jest tylko przyzwyczajeniem. Że nie wszystko musi mieć sens, żeby być do zniesienia. Że brak decyzji bywa ulgą, a nie porażką.

Nie każdy potrzebuje takiego doświadczenia. I nie każdy je polubi. Ale dla tych, którzy są „pomiędzy” – jeszcze mogą wszystko, ale już nie chcą byle czego – cisza pozbawiona funkcji bywa jedyną uczciwą propozycją. Bez obietnic. Bez planu. Bez roli.

Ja w tej ciszy nie jestem przewodnikiem ani mentorem. Jestem kimś obok. Tak samo obecnym, tak samo pozbawionym odpowiedzi. Jeśli coś z tego zostanie, to dobrze. Jeśli nie – też w porządku. Cisza nie rozlicza.